Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Bolesławcu

Dzisiaj jest niedziela, 21 lipca 2019 roku

Biuletyn Informacji Publicznej

Biuletyn Informacji Publicznej

Kontakt

Gminny Ośrodek Kultury i Sportu

Kruszyn, ul. Kasztanowa 1B
59-700 Bolesławiec

tel. 75 732 14 77

Polecamy

KOLONIA OKIEM MARTYNY - (09-22 lipca 2011)

26 lipca 2011

 Już na wstępie chcę zaznaczyć, że nie chciałam jechać na kolonie. To moja przyjaciółka doprowadziła do tego, że w końcu się zdecydowałam. Ja cały czas mówiłam : „Będzie okropnie nudno”. Myliłam się. Dopiero kiedy usiadłam w autokarze, poczułam nagły entuzjazm. Jechaliśmy dziewięć męczących godzin. Gdy dojechaliśmy marzyłam tylko o tym by się położyć spać. Ośrodek „Jantar” był przytulny i dawał namiastkę domu (ale tylko namiastkę). Ustronie Morskie jest małym miasteczkiem składającym się chyba tylko z pensjonatów, banków i sklepów. Może jest kilka bloków, lecz są dobrze ukryte. W pierwszy dzień był zwiad kolonijny, czyli bieganie w te i z powrotem, jednocześnie zadając pytania wychowawcom. Mój pokój zajął drugie miejsce!  Drugi dzień – plaża. Nareszcie! Było cudownie. Słońce, piasek i fale. Wielkie fale, w sam raz do świetnej zabawy. A i jeszcze zapomniałam o ważnym dla dziewczyn w moim wieku, baaardzo przystojnym ratowniku. Szkoda, że widziałam go tylko raz. Na około siedem razy kąpałam się tylko trzy, przez całą kolonie. Głównie leżałam plackiem na kocu i starałam się równo opalić. To był mój ostatni wyjazd na kolonie, więc stwierdziłam, że będę brała udział w większości zabaw. Dlatego już drugiego dnia, przebrana za kota (większość myślała, że to mysz), wzięłam udział w pokazie mody kolonijnej. Jak można pomylić kota z myszą?! Zresztą, nieważne.

Dzień trzeci i czwarty. Plaża, aerobic, plaża, nauka tańca, plaża, miasto. Zastanawiam się gdzie byłyśmy częściej, na mieście czy na plaży. Tu i tu było fajnie. Chociaż, ceny powalały mnie na kolana. 16 lipca, wyjazd na wycieczkę do Kołobrzegu. Aquapark, rejs statkiem i zakupy. To było coś! Właśnie tam się zakochałam -  w jakuzi. Nie wiem, kto je wynalazł, ale jest/był geniuszem. Santa Monica (statek, którym płynęliśmy) też był niezły, ale nic nie pobije jakuzi. Jej i pokazu iluzjonisty, który był niesamowity! W ogóle cały 20 lipca był bogaty w emocje. Po śniadaniu magik pokazujący różne, dziwne sztuczki ze sznurkami lub kartami. Po obiedzie zaś śluby kolonijne. Ha! Brałam w nich udział! Moim mężem był dziesięcioletni Przemek (sięgał mi do pasa!). Był baaaardzo słodki i miły. Ale nie rozczulajmy się. Po kolacji – Sąd Kolonijny. I tu też byłam, tym razem jako Pani Sędzia. Było krótko i zwięźle. To chyba dobrze. Kolejnym plusem było to, że pomogła nam Kamila (na kolonii znana jako „Śmietana” [nie wiem dlaczego]). Świetnie gra. Mogłaby spokojnie pójść do szkoły aktorskiej. W naszej rozprawie chodziło o zabójstwo Georga Karalucha (dziwne, wiem, ale cóż). Żeby było śmieszniej Robal naprawdę został zabity i pochowany za łóżkiem Marleny. Ciekawe czy personel pozbył się jego ciała, czy  ciągle tam jest. Może jak kiedyś tam wpadnę, to zobaczę mały szkielecik… (czy karaluchy mają szkielety??). Dzień prawie ostatni. Wybory „Miss i Mistera Kolonii”.  To mi się podobało najbardziej. Było sześć dziewczyn i sześciu chłopaków (po dwóch z każdej grupy wiekowej).

U nas wystawiono mnie i Anię. Dano nam numerki (ja byłam 8, Ania 4), mieliśmy przejść się po „wybiegu”, odpowiedzieć na pytania („co byś zrobił/a  z 100 000 zł?” oraz  „Jak myślisz dlaczego na świecie są konflikty?”), zatańczyć i przedstawić scenkę, którą wcześniej się wylosowało. A potem czekało się, aż kadra zdecyduje się kogo ogłosić tym naj. Obstawiałam na Anię i nie pomyliłam się. Ja miałam drugie miejsce. Wicemiss. Cudnie, prawda? To naprawdę było coś. Dostałyśmy szarfy (Ania jeszcze koronę) i rozeszliśmy się do pokoi. A potem na miasto. A po kolacji. BALANGA! Ostatnia dyskoteka (wcześniej było kilka, zapomniałam o niech wspomnieć – też były super [na jednej spociłam się jak… jak… eee.. nie wiem jak]). Było całkiem miło. Iiii…. ostatni dzień. Powrót. Najfajniejsze było to leżenie na torbach i ostatnie zakupy. A potem w autokar i dziewięć godzin jazdy. Nie wiem co było gorsze. Pogoda (deszcz… deszcz… deszcz…), czy nie równe polskie drogi, sprawiające, że robiło mi się niedobrze jak czytałam. Ale pod koniec podróży poznałam całkiem fajnego kolonistę (mój rocznik!!), więc to mi trochę zrekompensowało niewygodę. Równo o dwunastej w nocy powiedziałam „Jestem w domu”.  

                                                                                Martyna Chudzik

Więcej zdjęć z kolonii znajduje się w "GALERII" w katalogu "2011".

[ wróć ]